Złote Runy

Droga Pani, piszę do pani w imieniu międzynarodowego domu wydawniczego LAP Lampert Academic Publishing, którego celem jest udostępnianie prac naukowych dla szerszego grona czytelników. Na treść Pani badań natrafiłem w trakcie studiowania materiałów o Instytucie, który Panią zatrudnia. Wydawnictwo LAP jest szczególnie zainteresowane wydaniem Pani pracy doktorskiej w formie książki drukowanej. Będziemy wdzięczni za szybką odpowiedź.

Wyobrażacie sobie, co czuje młodzian po przeczytaniu takiego maila? Takiego Dowodu, że kogoś naprawdę zainteresowały te jego badanka? Drżącą z podniecenia ręką klika w link prowadzący do strony internetowej wydawnictwa (szczęśliwie klika w niego przed kliknięciem w „Odpowiedz”), a tam… Pełny profesjonalizm! Elegancko. Schludnie. Przejrzyście. Co prawda dziwi nieco, że katalog produktów mniej się rzuca w oczy, niż treści naganiające autorów do współpracy. Co najmniej tak, jakby wydawnictwu bardziej zależało na tym, by wydawać, niż by coś sprzedać. Ale może dostali dofinansowanie z Unii.

W katalogu wydawnictwa też jakoś nieciekawie. Okładki na jedno kopyto i raczej brzydkie, choć tu zaraz przypomina się grasująca ongiś na polskim rynku seria „Plus Minus Nieskończoność” – doskonała, chociaż też brzydka i na jedno kopyto. Tyle, że w „Nieskończoności” pojawiali się Autorzy przez duże „A”, zaś tutaj, przez duże „A”, będą co najwyżej Amatorzy. Tytuły książek zachęcają… do ziewania: za długie, zbyt zawiłe, jakby żywcem wzięte z rozpraw doktorskich.

Ktoś to aby kupuje?

Niedoszły autor robi się podejrzliwy. Zaczyna węszyć. Okazuje się, że wydawnictwo LAP jest jedną z odnóg VMD Publishing House – wydawnictwa specjalizującego się w drukowaniu w formie książek artykułów z Wikipedii, prac magisterskich i doktoratów (zaznaczmy: dostępnych za darmo w jednostkach badawczych, a nierzadko publikowanych otwarcie w internecie). O ile w przypadku Wikipedii nikt autorów nie musi pytać o zdanie, o tyle prace dyplomowe wymagają zgody autora. Wpisy na blogach sugerują, że zacytowany powyżej mail dostają wszyscy spełniający następujące kryteria: (i) napisali pracę dyplomową, (2) wydawnictwo zdobyło ich maila. Uzyskany stopień już nie ma znaczenia, gdyż wydawnictwo i tak nie przywiązuje wagi do publikowanych treści, a tekst nie jest poddawany ani merytorycznej ocenie, ani nawet korekcie językowej. Można odnieść wrażenie, że VMD Publishing House publikuje dowolny fragment internetu, pod warunkiem, że brzmi w miarę mądrze i jest dość długi, by dało się zrobić z niego książkę. Nic dziwnego, że oferty wydawniczej dorobili się ogromnej, rzędu kilkuset tysięcy tytułów, i to zaledwie w 10 lat. Sami twierdzą, że miesięcznie wypuszczają na rynek 50 tysięcy nowych książek, co czyni ich największym wydawnictwem akademickim na świecie. Nawet jeśli liczby te są zawyżone, wyniki zapytań na Amazonie robią wrażenie.

No dobrze, ale gdzie tu jest pieniądz? Jakim cudem opłaca się drukowanie książek, których nikt nie kupi? Zwłaszcza, że autor nie ponosi żadnych kosztów, a nawet dostaje kilka egzemplarzy w prezencie. Cała sztuczka polega na strategii drukowania na zamówienie, dopiero w momencie, gdy ktoś zdecyduje się dokonać zakupu. Do tego czasu książki tkwią w wirtualnym świecie idei, bez promocji i reklamy, materializując się na zawołanie. Czyje? Na ogół mamusi autora, cioci, szwagra i przyjaciół, chcących zrobić przyjemność młodemu twórcy. Przyjemność kosztuje około 100-200 dolarów, ale przecież to jego pierwsza prawdziwa książka! Autor od każdej sprzedanej sztuki dostaje tantiemy. Niby przyzwoity gest ze strony wydawnictwa, ale póki nie przekroczy określonego progu sprzedaży, zamiast gotówki otrzyma vouchery na zakup innych ich książek. W rezultacie wydawnictwo ponosi znikome koszty i liczy, całkiem rozsądnie, albo na dobroduszność znajomych autora, albo na przypadkowego gapia, skuszonego akademicką lub popularnonaukową okrasą.

Jakby tego było mało, strategia przedruków Wikipedii na żądanie pozwala podążać za, ba, nawet prześcigać ducha czasu. Jeśli gdzieś spadnie samolot lub zatrzęśnie się ziemia, i wszyscy na gwałt będą chcieli o tym czytać, wystarczy jeden wieczór by spreparować odpowiednią książkę. Można nawet wspiąć się na wyżyny bezczelności i wykorzystać w tym celu, promowany przez samą Wiki, darmowy program PediaPress – szybko i prosto przerabiający artykuły na woluminy.

Opisany powyżej proceder jest w pełni legalny, a wszystko za sprawą licencji, domyślnie przylepianej artykułom na Wikipedii, wprost zachęcającej do pasożytnictwa. Mało tego – podobną licencję posiadają niektóre renomowane czasopisma naukowe, a to aż się prosi o nadużycia. Można odnieść wrażenie, że swą otwartością media te same strzeliły sobie w kolano. Z drugiej strony, na sukces Wikipedii w dużej mierze składa się jej otwartość i niekomercyjność. Czyżby więc utrzymywanie bandy cwaniaków, zarabiających na cudzej, wolontarialnej pracy, było na zawsze sprzężone z inicjatywami tego typu?

Ale czy rzeczywiście jest to tylko problem cwaniaków. A może ich dobroczyńców? Frajer, kupujący za kilkaset dolarów marnej jakości przedruk Wikipedii, w takim samym stopniu przyczynia się do inflacji piśmiennictwa, co podstępny wydawca. Nieznajomość internetu nikogo nie tłumaczy – akurat informacja o źródłach musi się w książce znaleźć, i choć na aukcji internetowej nie jest widoczna, łatwo na nią trafić na pierwszej stronie wyników Google. No chyba, że ktoś kupuje książki dla celów dekoracyjnych, więc ani recenzje, ani treść go nie obchodzą – o ile tylko tytuł i szerokość grzbietu ładnie wkomponowują się do domowej biblioteczki. A nawet wtedy pozostaje frajerem, bo daje się nabyć eleganckie atrapy książek, niekiedy w zestawie z ozdobną półką (hit nowobogackich rezydencji w Stanach), za dużo mniejsze pieniądze.

Kolejnym typem sponsorów, bez których interes nie mógłby kwitnąć, są sami autorzy (z wykluczeniem autorów Wikipedii), których pobieżnie można podzielić na głupców, i jeszcze większych głupców. Pierwsi są na tyle w sobie zakochani, że zgodziliby się na wydanie własnych zeszytów szkolnych, byle tylko na twardej, skórzanej oprawie widniało ich nazwisko. Tacy prędzej uwierzą, że „największe na świecie wydawnictwo akademickie” dostrzegło epokowe dzieło w ich pracy licencjackiej (wycenionej na trzy z dwoma przez uprzedzoną i stetryczałą komisję), niż przyznają, że praca ta, w połowie zerżnięta z forum dla licealistów, a w połowie podyktowana przez promotora, jest zbyt licha nawet do dzielnicowej gazetki. Tacy gotowi wykupić kilkanaście egzemplarzy, by mieć zapaś prezentów gwiazdkowych dla rodziny i znajomych na najbliższe lata. Drudzy natomiast, nawet jeśli rzeczywiście są autorami epokowego dzieła, póki godzą się na publikowanie obok tych pierwszych, owacji nie usłyszą. W końcu nie sztuką jest tanio sprzedać dobry towar, a w branży piśmienniczej, mimo wysiłków VMD Publishing House, wciąż jeszcze liczy się renoma.

© Marlena Siwiak

Warszawa 2012

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: